niedziela, 6 marca 2016

[Rozdzielił...] Rozdział 4.

Bardzo przepraszam za tak długą przerwę.

- Gdzie, do diaska, podział się ten dzieciak? Fili? - głos Dwalina był tak donośny, że zdawał się docierać między najmniejsze szczeliny w skałach. Krasnolud przeczesał wzrokiem okolicę jeszcze raz, choć niewiele było już widać z powodu zapadającej nocy. Odwrócił się do Gloina, który dopiero wspinał się na szczyt pagórka.
Ech, poszedł ze mną chyba tylko po to, żeby mnie zirytować, jęknął w duchu, a na głos powiedział:
- A wolniej się nie da?
Gloin przystanął w półkroku i spojrzał na Dwalina jakby chciał ocenić, czy ten przypadkiem się z niego nie nabija.
- Co się nie da jak się da? - wysapał ocierając pot z czoła.
- Naprawdę zaczynam się zastanawiać, jakim cudem przytoczyłeś się tu z nami aż z Ered Luin. Toć Bombur ma więcej krzepy od ciebie!
Rudobrody już miał coś odpowiedzieć, ale jego wzrok przykuła zbliżająca się postać.
- Fili?
- Tak, to tylko ja - odpowiedział młody krasnolud zrezygnowanym głosem podchodząc bliżej Dwalina, który wyglądał jakby prowadził wewnętrzną walkę dotyczącą gestu jaki powinien względem Fila wykonać. W końcu zdecydował się na poklepanie go po ramieniu. W tej całej sytuacji Fili zdał sobie sprawę z tego, że dłoń Tauriel która spoczywała na jego ramieniu przedtem była delikatna i wydawała się prawie ażurowa przy ciężkich i silnych palcach Dwalina. Nie rozumiał dlaczego w takiej chwili pomyślał o czymś tak trywialnym.
- Twoja matka przybyła - odezwał się poważnym tonem Gloin, zanim jego druh zdążył choćby otworzyć usta. - Chciałaby się z tobą zobaczyć.
Fili bardzo pragnął coś powiedzieć, cokolwiek, ale akurat w tamtym momencie nic nie chciało mu przejść przez gardło. Rozchylił więc tylko lekko wargi, po czym ponownie je zacisnął spuszczając wzrok.
Nie miał pojęcia jak się poczuje stając przed rodzicielką bez Kila obok. Czuł, jak niewidzialna pięść zaciskająca się wokół jego żołądka wzmacnia uścisk.
Mimo to skinął głową i pozwolił sprowadzić się Dwalinowi ze zbocza, po czym ruszył za nim i Gloinem do wnętrza Ereboru.

*

- Fili! - usłyszał zaraz po wejściu do Głównej Sali. Jego szyję oplotły tak bardzo znajome ramiona, pachnące domem i przypominające boleśnie o tym wszystkim, co już odeszło. Dis przytuliła go do siebie mocno jakby doskonale wiedziała, że on też poniósł stratę w tej wojnie. Jakby nie winiła go, nie miała do niego żalu. Fili poczuł, że to dziwne. Spodziewał się wszystkiego: wybuchu łez, wyrzutów, ale nie zwyczajnego uścisku. Powoli, jakby niezręcznie objął matkę czując, że ból w piersi odrobinę zelżał.
Dis oderwała się od niego i spojrzała z dołu na twarz swojego syna.
- Wyglądasz mizernie, jesteś taki blady - kobieta wyciągnęła rękę i położyła dłoń na jego policzku. Fili zauważył, że oczy matki wciąż lśniły od łez, a ostatnia z nich właśnie znikała w osobliwie ufryzowanych włosach na jej brodzie. - Czy ty w ogóle coś jesz?
- Mamo... - powiedział cicho. Jej troska zupełnie go zaskoczyła i jeszcze w tej samej chwili pojawiło się u niego ogromne poczucie winy, że tak źle ocenił własną rodzicielkę. Przecież była jego matką, a on był jej synem. Musiała go kochać. - Mamo, ja...
Zawahał się przez moment.
- Tak, wiem - dokończyła za niego. - I ja też cię bardzo za to przepraszam.
Krasnolud poczuł pieczenie oczu. Nie chciał znów płakać, nie chciał znów czuć tego ogromnego bólu głowy. Wystarczająco źle się czuł za każdym razem, kiedy myślał o tym, że już nigdy nie porozmawia ze swoim bratem.
Nie powiedział już nic tylko po prostu stał patrząc na matkę i wciąż trzymając jej dłoń. Dis uśmiechnęła się do niego delikatnie, po czym ruszyła do swojej komnaty. Fili szedł za nią pozwalając kilku łzom spłynąć po policzkach.
Po chwili dotarli do wrót oddzielających siedzibę królewskiej rodziny od reszty góry. Stało tu dwóch strażników w ciężkich zbrojach. Na widok Dis i jej syna przerwali rozmowę i otworzyli przed nimi ciężkie odrzwia kłaniając się nisko. Przeszli przez nie kierując się w lewo, gdzie znajdował się korytarz z trzema sypialniami. Dis weszła do swojego dawnego pokoju, który został już uprzednio przygotowany na jej przybycie. Fili rozejrzał się po pomieszczeniu.
Jeszcze nigdy nie był w tej części Ereboru. Panował tutaj trochę mniejszy przepych niż w salach głównych, ale wciąż było widać, że ma się do czynienia z nie pierwszą lepszą krasnoludzką rodziną. Wnętrze sypialni Dis było urządzone z wielkim smakiem. Sufit został wspaniale ozdobiony rzeźbami o niesamowitych, symetrycznych kształtach. Wielkie łoże z baldachimem było przykryte narzutą ze skóry białego warga, jednego z najdroższych materiałów na świecie. Oryginalna toaletka, komoda oraz wielki domek dla lalek będący tak naprawdę doskonałą repliką krasnoludzkiego królestwa obrazowały w pełni kunszt tutejszych rzemieślników.
Kobieta usiadła na boku łóżka, a jej syn zrobił to samo. Spojrzał na matkę.
- Więc to twoja dawna komnata? Piękna.
- Powinieneś był ją widzieć w przeszłości - odpowiedziała Dis, a jej głos nabrał słodko-gorzkiego tonu. - Z nieznanych mi powodów twoi wujowie zawsze woleli przebywać tu niż u siebie. Nieraz czułam się jakbym miała malutkie przedszkole w swoim własnym pokoju.
Przez chwilę panowała cisza.
- Jaki był? - zapytał nagle Fili. Nie musiał dodawać nic więcej. Przez te wszystkie lata imię Frerina rzucone w obecności jej lub Thorina napędzało machinę łez i przykrych wspomnień. Dlatego Fili nauczył się, żeby takie rozmowy zaczynać niezwykle ostrożnie.
Dis nie odpowiedziała od razu. Przez chwilę patrzyła na ścianę ze ściągniętą smutkiem twarzą, ale potem przeniosła wzrok na syna.
- Był radosny i wesoły. Thorin zawsze wydawał mi się poważniejszy, może dlatego, że był dużo starszy, ale przy nim... przy nim z powrotem zamieniał się w małe dziecko. Oczywiście jeśli tylko miał chwilę wolnego czasu. Potrafili biegać razem przez cały dzień albo szukać jakichś dziwacznych przedmiotów i magazynować je, niczym skarby - na usta kobiety wkradł się mimowolny uśmiech. - Nieraz przyszło mi ich uspokajać. Później ganiłam Thorina za to, jak nierozważnie się zachowywał. Przecież był dziedzicem, a większość społeczeństwa widziała go dokazującego wszędzie i na pewno nie myślała o nim jako o władcy. Ale właściwie...co mogło być złego w zabawie z bratem? - spojrzała na syna prawie bezradnie.
Fili nie wiedział, co powiedzieć. Pytanie matki wkradło się do jego serca i z całej siły uderzyło prosto w puste miejsce, które pozostawił po sobie Kili.
Westchnął ciężko i pokręcił głową.

*

Thorin upewnił się, że wszyscy przybyli z Ered Luin trafią bezpiecznie do swoich kwater, po czym zaszył się w swojej komnacie. Wiedział, że zbliża się ten dzień, w którym Dain będzie musiał wracać na Żelazne Wzgórza, a on sam zostanie prawowitym królem pod górą. Oficjalna koronacja została wyznaczona na środek następnego tygodnia. Wszystko było już gotowe. W niebywale szybkim czasie udało się oczyścić Erebor z pozostałości po Smaugu, obiecane kwoty trafiły do ludzi z Dale i do Leśnego Królestwa, a przeprawa z Gór Błękitnych dotarła już do swojego królestwa. Samotnej Górze potrzebny był prawdziwy król i Thorin wiedział, że tylko on może nim zostać. Mimo, że wciąż myślał o jakiejś alternatywie, nie wyglądało na to, żeby miał taką możliwość. Fili wciąż był młody, niedoświadczony i zupełnie rozbity utratą brata. Dain co prawda miał wielką chrapkę na koronę Ereboru, ale Thorin nie mógł sobie wyobrazić oddania mu królestwa. Królestwa, o które walczył tak długo.
Wyszedł ze swojej sypialni i udał się do głównego wejścia. Zapadał wieczór, większość korytarzy była pusta. Nie udało mu się jednak przejść niepostrzeżenie. Przy wyjściu stał Dain wraz z kilkoma zaufanymi ludźmi.
- Witaj, kuzynie - przywitał się uprzejmie, choć jego oczy mówiły co innego.
- Witaj - odpowiedział Thorin starając się jak najszybciej opuścić górę.
- Powiedz mi, Thorinie - zaczął Dain uniemożliwiając mu tym samym wyjście. Dębowa Tarcza westchnął cicho i odwrócił się w stronę kuzyna. - Jak się czujesz?
- Lepiej, nie musisz się martwić - odparł zdawkowo.
- Czyżby? - Dain uniósł brwi. - Byłeś już w skarbcu? Sprawdzałeś, czy smocza gorączka cię opuściła?
- Nie. Nie rozumiem zbytnio, do czego ma to prowadzić.
- Nie rozumiesz? No to ci wyjaśnię. Jako król musisz dysponować majątkiem królestwa. Jak chcesz to robić, jeśli nie wiesz, czy nie oszalejesz ponownie na jego widok?
Thorin zacisnął dłonie w pięści. Przez ten czas widział się ze swoim kuzynem tylko kilkakrotnie, ale podświadomie czuł, że ten chce zabrać mu tron. Widział to w jego oczach, słyszał w rzekomo przejmującym się jego zdrowiem głosie.
- To chyba już nie będzie twoim zmartwieniem, Dainie - powiedział głosem, w którym czaiła się groźba.
- Jesteśmy rodziną, pamiętaj o tym.
- Doskonale o tym pamiętam - wycedził przez zaciśnięte zęby. - I może właśnie dlatego, że jesteśmy rodziną nie powinienem był godzić się na coś takiego.
- Czyli na co? - prychnął Dain. - Na to, żebym postawił to wszystko na nogi? Na to, żebym znalazł Ci nowych sojuszników? Tak chcesz się mi odwdzięczyć za moją pomoc?
- Chyba już czas, żebyś rozważył powrót na Żelazne Wzgórza, kuzynie. I mówiąc "rozważył" mam na myśli, "żebyś wyjechał o świcie".
Thorin odwrócił się na pięcie i odszedł z powrotem w stronę swoich komnat ignorując zupełnie wrzeszczącego w furii Daina.

*

 - On nie może być królem, nie pozwolę na to! - krzyknął Dain z wściekłością w głosie. - Jest nieobliczalny, omal mnie nie uderzył, gdy tylko zasugerowałem mu sprawdzenie, czy klątwa nadal działa.
- Dainie, uspokój się - powiedział pokojowym tonem Balin starając się załagodzić raczej napiętą sytuację. - Thorin wciąż jest wstrząśnięty całą tą sytuację, zresztą ja my wszyscy. Poza tym zobacz, ty sam nie zachowujesz się w tej chwili najrozważniej.
- Żebyś widział jego spojrzenie, to byś tak nie mówił! Balinie, mam powód uważać, że choroba wciąż w nim żyje i tylko czeka, by zaatakować!
- Jutro zbadają go uzdrowiciele, spróbujemy pokazać mu też odrobinę złota.
- Nie wiemy, czy to wystarczy! - krzyczał nadal Dain. Mimo, że starszy krasnolud usiadł wygodnie przy stole i proponował mu zrobić to samo, on chodził w kółko po komnacie i żywo gestykulował. - Nie wiemy, czy w jakiejś sytuacji nie-
Umilkł nagle słysząc odgłos otwierających się drzwi. Do komnaty weszła Dis.
- Dis, kuzynko droga... - zaczął Dain, ale kobieta mu przerwała.
- Po co to całe zamieszanie? Co się stało?
Balin odchrząknął.
- Dain niepokoi się stanem zdrowia Thorina - odpowiedział po chwili uważnie dobierając słowa.
Dis spojrzała na kuzyna i zmrużyła oczy.
- Rozmawiałam z nim nie tak dawno i nie wydawał mi się szczególnie odmienny.
- Bo to nagle z niego wybucha! - zaczął na nowo Dain. - Kiedy tylko powiesz coś, co mu się nie spodoba...
- Ach, czyli jak rozumiem zasugerowałeś mu, że nie będzie dobrym królem. Nic dziwnego, że się zdenerwował - podsumowała Dis, a Balin zaśmiał się cicho.
- W żadnym wypadku, kuzynko! - kajał się. - Nie powiedziałem niczego, co mogłoby go urazić. Jego zachowanie do normalnych nie należy i nie ma takiej opcji, żeby przy takim stanie umysłu został królem!
- Zapominasz, Dainie, że nie znamy się od wczoraj - odparła Dis. - Wiem, jak umiesz dostosować fakty do swoich potrzeb. Poza tym, Thorin ma następcę i nie jesteś nim ty.
- Nie myślałem o sobie! - wrzasnął znów Dain. - Ale mogę wiedzieć, o kim mówisz? O Filim, którego beztroskie zachowanie przyprawia o zawroty głowy? Jak ktoś tak młody i lekkoduszny może być władcą? Pomyśl, kuzynko...
- A co ze mną? - kobieta założyła ręce na piersi i rzuciła Dainowi wyzywające spojrzenie.
Jej kuzyn zaśmiał się głośno.
- Dis... Nie przeczę, że taka kobieta jak ty na pewno poradziłaby sobie u władzy, ale pamiętaj, że jesteś córką Durina. Smocza gorączka może być przekleństwem także dla ciebie. Poza tym, czy jesteś gotowa wychodzić ponownie za mąż?
Balin, który dotychczas siedział cicho i przysłuchiwał się jedynie dyskusji kuzynostwa, wstał ze swojego miejsca.
- Słuchajcie, może najpierw poczekajmy do jutra - zaproponował. - Wstrzymajmy się z każdym oskarżeniem dopóki jutro medycy lub złoto samo w sobie nie potwierdzą twoich obaw. Dobrze, Dainie?
- Niech będzie - zgodził się Dain. - Wybacz mi, kuzynko, jeśli byłem zbyt obcesowy, ale również martwię się o Thorina.
- Miło to usłyszeć - powiedziała Dis podchodząc do drzwi. - Bo przez chwilę miałam wrażenie, że zależy ci tylko na koronie.

niedziela, 22 listopada 2015

[Oneshot] Skrawek nieba

1.

Peeta daje jej życie podobne do chleba, który sam wypieka.
Ciepłe, dobre i sycące.
Jest wdzięczny za jej zrozumienie w czasie kolejnego ataku i uspokajający głos przywracający go do rzeczywistości.
(Katniss naprawdę cieszy skrawek nieba, który mają dla siebie, choć nie potrafi pozbyć się uczucia tęsknoty wdzierającego się do jej serca za każdym razem, gdy sny kończą się obrazami łuku i starej kurtki ojca lub spojrzeniem ciemnych oczu.)

*

Peeta maluje swoje obrazy uciekając dzięki nim od wspomnień, od głosów matki i ojca nawiedzających go w koszmarach. Zastanawia się, czy byliby z niego choć trochę dumni. Zaraz potem wraca do swoich farb, bo ból jest zbyt silny.
(Katniss walczy o każdy kolejny dzień starając się nie pamiętać twarzy Prim, twarzy Rue, twarzy Finnicka i wszystkich innych poległych w jej sprawie. Próbuje, ale nie zna języka, w którym mogłaby wykrzyczeć swoje cierpienie.)

*

Peeta boi się, że ją traci.
(Katniss boi się, że płonie w niej zbyt wielki ogień, aby mogła wytrzymać na ich własnym skrawku nieba.)

*

Peeta odprowadza ją na dworzec, gdy decyduje się odwiedzić matkę mieszkającą tam, gdzie kiedyś był Drugi Dystrykt. Całuje ją w policzek zapewniając o swojej miłości. Dręczące go przeczucie, że już więcej jej nie zobaczy, nasila się.
(Katniss musi wyjechać. Pobliski las zbyt mocno pachnie domem, a skrawek nieba zbyt mocno pachnie chlebem.)

2.

Gale radzi sobie z samotnością uciekając w pracę. W nowym świecie jest tyle do zrobienia. Codziennie pomaga pani Everdeen, kiedy kobieta przyjmuje dodatkowych pacjentów w domu.
(Chętnie korzysta z jego pomocy. Czasami wieczorami Gale zostaje dłużej i wtedy ma wrażenie, że znów jest jak dawniej, że jej córki zaraz wrócą do domu. Nigdy tak się nie dzieje.)

*

Gale niechętnie wraca do swojego mieszkania, gdzie czekają na niego puste ściany i nieme krzyki dzieci zabitych przez jego wynalazek.
(Czasem nocą widzi przed sobą drobną twarz Prim ściągniętą bólem i żałuje, że nie może cofnąć czasu.)

*

- Katniss przyjeżdża - oznajmia pewnego dnia pani Everdeen patrząc na Gale'a, ale ten wychodzi zanim zdąży go zatrzymać.
(Nieludzki, zwierzęcy krzyk bólu, który wyrywa się z jego ust słyszą tylko cztery ściany i uciszone przez niego dzieci.)

*

Tego dnia zasłania się obowiązkami, żeby tylko nie zobaczyć obrzydzenia na ukochanej twarzy.
(Wie, że tylko na to zasługuje. Po prostu wystarczy mu Prim i reszta dzieciaków, które już nigdy nie dadzą mu spokoju.)

*

Pani Everdeen wypytuje córkę o życie w Dwunastym Dystrykcie i usiłuje nie pokazywać Katniss, jak bardzo odczuwa jej brak na co dzień. Choć może wtedy rany pieką trochę mniej.
(Katniss siłą powstrzymuje się przed zapytaniem o Gale'a.)

*

Pani Everdeen zabiera ją na spacer po brukowanych uliczkach Dwójki, pokazuje czyste i nowe budynki i zastanawia się czy jej dziecko dałoby radę tu zostać. Ale nie mówi tego głośno.
(Tyle już w życiu straciła, że chce przynajmniej mieć tę odrobinę nadziei, jej prywatny skrawek nieba.)

*

Gale spotyka Katniss przypadkowo na jednej z przecznic i tęsknota ściska mu serce tak mocno, że prawie zaczyna krzyczeć. Jest jeszcze piękniejsza niż kiedyś, jej ciemne włosy lśnią, a obok nie ma Peety.
(Musi skryć się w innej uliczce i oprzeć plecami o ścianę kamienicy. Wszystko do niego wraca.)

*

Piątego dnia Katniss nie wytrzymuje i pyta matkę o to, co porabia Gale.
- Pomaga mi we wszystkim. To wciąż ten sam chłopak, choć wojna zmieniła w nim wiele.
(Katniss przymyka powieki i chyba wie, o co jej chodzi. Widzi wybuch i słup ognia i ma świadomość, że nawet dla samego siebie Gale już zawsze pozostanie mordercą.)

3.

Gale nie potrafi śpiewać. Nigdy tego nie robił i boi się otworzyć usta, choć rozpaczliwie pragnie usłyszeć czyjś głos w tym mieszkaniu.
(Nie potrafi nazwać tego miejsca domem, a tym bardziej skrawkiem nieba, choć jest tu bezpieczny i nie brakuje mu pieniędzy. Krzyki dzieci odbijające się od podłóg i sufitów utwierdzają go w przekonaniu, że nigdy nie opuści swojego osobistego piekła.)

*

Gale rzadko płacze, ale szloch wyrywa mu się z gardła akurat tego dnia, kiedy ktoś puka do jego drzwi. Ociera policzki w pośpiechu i otwiera. Przed nim stoi Katniss.
(Katniss patrzy na Gale'a i widzi zmęczonego, zniszczonego samotnika, a w jego oczach dostrzega, że powiedział sobie Nie zabiłem Prim o kilka razy za mało.)

*

Siedzą w fotelach na przeciwko siebie i starają się unikać nieprzyjemnych tematów, ale te same wypływają.
- Dlaczego nie ma go z tobą?  - pyta, zanim zdąży się ugryźć w język.
(- Malowanie mu pomaga, ale mnie nie przynosi ukojenia.
Katniss nie wie jak powiedzieć, że ich skrawki nieba od pewnego czasu nie oznaczają tego samego.)

*

Na pożegnanie Gale dostaje od Katniss niepewny jeszcze uścisk i spojrzenie, w którym nie dostrzega nienawiści ani pogardy.
(Po raz pierwszy w jego czterech ścianach panuje tej nocy idealna cisza, a mrok nie przyprowadza ze sobą dziecięcych dusz.)

4.

- Jak sobie radzisz?
Pytanie Peety podyktowane jest całkowitym zdumieniem, bo nigdy wcześniej nie widział zupełnie trzeźwego Haymitcha.
(Sam nie wierzy w to wszystko, kiedy odpowiada Doskonale z szerokim uśmiechem na ustach odbierając od Peety świeży bochenek. Ostatni raz szczerze się śmiał w tych starych czasach, przed drugim Ćwierćwieczem Poskromienia, gdy była dziewczyna, która mogła odpędzić od niego smutek.
- Daj mi jeszcze kilka rogali z czekoladą, Effie je uwielbia.
Najwyraźniej on też ma prawo do swojego skrawka nieba.)

*

Peeta nie pamięta, kiedy ostatnio rozmawiał z Katniss choćby przez telefon. Mija kilka miesięcy, a jego poczucie straty jest jakby mniejsze. Namalował już kilka jej portretów, które ukrył starannie w kącie piwnicy, żeby Delly nie miała do niego żalu.
(Delly wcale nie byłoby przykro. Doskonale wie, że Katniss była dla niego kimś wyjątkowym. Wie także, że w porównaniu z nią ona jest całkowicie zwyczajna. Mimo to, kiedy nadziewają marmoladą ciastka w piekarni Peety, a ich dłonie nagle się spotykają, Delly cieszy się, że istnieje skrawek nieba, którym mogą się podzielić.)

*

Peeta już prawie nie miewa ataków. Większość z nich wywoływały zmodyfikowane wspomnienia związane z Katniss, a Katniss też już nie ma. Peeta uczy się żyć na nowo. Zdecydowanie pomaga mu w tym fakt, że już niedługo na świat przyjdzie jego pierwsze dziecko.
(Delly nie boi się macierzyństwa. Nie po tym, kiedy Panem obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni dając tej małej istocie możliwość zwyczajnego życia. Jej mały skrawek nieba rozrasta się i Delly już prawie nie pamięta, że ktoś kiedyś zmuszał Peetę do życia z inną.)

5.

Lasy dawnego Dystryktu Siódmego idealnie nadają się do polowań. Katniss zaciska palce na łuku i biegnie przed siebie z rozkoszą wdychając rześkie powietrze.
- Obiecaj mi, że tu wrócimy!
Krzyczy do Gale'a, który wyprzedza ją o kilka kroków.
(Serce w jego piersi krzyczy, słońce muska skórę jego twarzy, gdy odwraca się w biegu i chwyta Katniss w swoje ramiona. Całuje ją długo, z całą miłością i czułością na jaką go stać.
- Obiecuję - mówi cicho widząc swój własny skrawek nieba zamknięty w jej oczach.)

*

Pani Everdeen nie czuje już samotności, gdy do jej domu wbiega roześmiana dwójka.
- Mamo, jest coś do jedzenia, prawda?
Katniss śmieje się jak małe dziecko ciągnąc Gale'a za rękę, a kobieta myśli o tym, że gdy jej córka rzeczywiście była dzieckiem miała bardzo niewiele powodów do śmiechu.
(Dziwne uczucie opuszcza ją dopiero wieczorem, gdy czesze włosy i wiąże buty. Pan Clive, sympatyczny nauczyciel mieszkający piętro niżej, zaprosił ją dziś na kolację. Wychodząc z domu patrzy na zdjęcia męża i Prim stojące na kominku i ma wrażenie, że uśmiechają się do niej pragnąc powiedzieć Ty i Katniss zasługujecie na swoje nowe skrawki nieba.)

środa, 26 sierpnia 2015

[Falling...] Rozdział 9.

<<<<rozdział 8.                                                                                rozdział 10.>>>>

Od autorki: Tak, wiem, mam straszliwe zaległości. Chciałam bardzo przeprosić za takie opóźnienie w publikowaniu rozdziałów Falling.... Niestety, rok 2015 nie sprzyja zbytnio wenie poprzez wiele nieciekawych sytuacji, jakie nagle potrafią się zdarzyć. Czasami po prostu człowiek po tym wszystkim nie ma siły stukać w klawiaturę. Jednakże, postanawiam poprawę. Od tej pory dołożę wszelkich starań, żeby wszystko było aktualizowane w miarę prężnie.
Pozdrawiam serdecznie nowych czytelników. Dziękuję, że jesteście :D


~*~.~*~.~*~.~*~.~*~
Kolejnej nocy szkarłatne morze znów szumiało w moim śnie. Zamiast niepokoju, po przebudzeniu towarzyszyła mi już tylko radość i tęsknota za Tarną. Tym razem na plaży staliśmy wszyscy razem. Ja, Kris, Junmyeon, Chanyeol, Luhan, Minseok, Jongin, Sehun, Jongdae, Yixing, Baekhyun oraz chłopak, którego znałem tylko ze zdjęć. Kyungsoo, ofiara Wieczystego Ognia. Symbole na naszych nadgarstkach lśniły jak dwanaście lawendowych gwiazd, a szczęście przepełniające moje serce było nieopisane. Każdy miał na twarzy uśmiech oznaczający spełnienie najważniejszego marzenia. Odwróciłem się na chwilę. W odległości dwóch kroków od nas stała Sulli. Wiatr potargał jej długie, miękkie włosy, a oczy odbijały w sobie blask Tonoru. Po jej prawej zobaczyłem swojego kochanego przyjaciela Jongupa. Serce zabiło mi jeszcze mocniej: miałem wrażenie, że nie widziałem go całe wieki. Uśmiechał się i wyglądał jakby również rozpierała go radość, ale wiedziałem, że nie powinno go tu być. Nie należał do tego świata. Dopiero po chwili zauważyłem oznaki Przemiany: włosy w kolorze delikatnego różu i mieniące się fioletem tęczówki. Pomachał mi lekko, a wtedy spostrzegłem dziwny znak na jego nadgarstku iskrzący się lawendowym blaskiem. Już chciałem podejść, zapytać jak to możliwe i o co tu chodzi, ale wtedy objęły mnie czyjeś silne ramiona, a delikatne wargi popieściły moją skroń. Kris...
W tym momencie czułem, że już zawsze będziemy razem, że nic nie zakłóci harmonii panującej w naszej cudnej krainie.
Bo zakochałem się w nim.
Zakochałem się w innym świecie.
Zupełnym przypadkiem okazało się, że on istnieje, a ja mam prawo w nim żyć.
- To naprawdę twój sen? - zapytał Xiumin kartkując notatnik, w którym zapisywałem efekty moich sennych podróży odkąd zrobiły się dziwaczne. - Sprawia wrażenie jakiegoś prologu.
- Serio. Od czasu powrotu stamtąd śni mi się prawie co noc - powiedziałem szczerze, bawiąc się długopisem.
- Niesamowite - usłyszałem przytłumiony głos Krisa wylegującego się na sofie. Twarz wtulił w poduszkę. Od rana mocno dokuczał mu ból głowy. - Z tego wynika, że musimy znaleźć twojego kolegę, o ile Ogień się już do niego nie dobrał. A, no i ożywić Kyungsoo. Powinieneś spać więcej, Tao - blondyn podniósł się i spojrzał na mnie. - Może ci się przyśni jakiś przepis na miksturę ożywiającą czy coś w tym stylu, bo tego akurat nie umiemy.
Kopnąłem jego nogę kręcąc głową.
- Chiiicho, mam dziwne wrażenie, że po prostu nie potrafimy rozwikłać tego snu i dlatego błądzimy. Inaczej chyba nie powtarzałby się tak często.
- Może masz racje, Tao - Suho zmarszczył brwi wodząc wzrokiem po tekście. - Tu jest kompletna odpowiedź, tylko my z pustymi żołądkami jesteśmy beznadziejni jako myśliciele.
Parsknęliśmy śmiechem na co Kris stwierdził, że skoro tak, to najwyższy czas wstać i coś zjeść.
Widok spokojnych i zadowolonych przyjaciół radował moje serce. Od pewnego czasu nie sprzeczaliśmy się, nie musieliśmy także nigdzie uciekać. Było tak dobrze, że chyba tylko w Tarnie mogłoby być lepiej.
Wróciliśmy do naszego starego lokum. Wizja obozowania nad jeziorem nie została zbyt dobrze przyjęta zwłaszcza, że jesień powoli miała się ku końcowi, a noce robiły się coraz dłuższe i zimniejsze.
Nie poszedłem z chłopakami do kuchni, tylko przycupnąłem na werandzie i obserwowałem Kaia, Sehuna, Luhana i Chanyeola bawiących się między drzewami jak dzieci. Kiedy ostatnio byli tak beztroscy i roześmiani? Wiedziałem, że z każdą chwilą zbliża się nieuchronna, ostateczna konfrontacja z Ognistą Postacią, dlatego cieszyło mnie to, że jeszcze przez kilka dni możemy się uśmiechać.
Nie wiedziałem jak potoczy się przyszłość i czy w ogóle mamy jakieś szanse.
***
Otworzył oczy ze zdumieniem stwierdzając, że jeszcze żyje. Nie było się jednak z czego cieszyć: wraz z powrotem przytomności nasilił się ból, potworny ból obejmujący prawie każdy centymetr jego ciała. Brudna, przypalona skóra w niektórych miejscach zaczęła schodzić całymi płatami. Oddychał głęboko z trudem łapiąc powietrze. Jego spękane wargi piekły za każdym razem kiedy próbował zamknąć usta. Uniósł lekko głowę, ale zaraz tego pożałował. Jego czaszkę przeszył straszliwy ból, aż syknął i z powrotem opadł na podłogę, a raczej klepisko, którym była w tym miejscu. Często się zastanawiał się, ile już tu jest albo gdzie w ogóle się znajduje. Każda sekunda zdawała się kolejnym wiekiem, a to miejsce jednym z najbardziej oddalonych od cywilizacji.
Jego oprawca, osoba która nazywała go po prostu Zakładnikiem, nie przebierał w środkach. Parzył go bezlitośnie ogniem często dodając, że dla świata już umarł i nikt za nim nie tęskni. Wydawał się dobrze bawić zadając kolejne cierpienia swojej ofierze. Od pewnego czasu jednak przestał przychodzić. Nie wiedział czy to były dni czy godziny, po prostu kat w pewnym momencie zauważył coś na jego nadgarstku, a jego oczy rozszerzyły się. Choć był obolały po kolejnej sesji tortur, zapamiętał ruchy ust oprawcy układające się w słowo Niemożliwe. Po chwili w miejscu, w którym utkwione były oczy torturującego, poczuł ostry ból. Jęknął i szarpnął się mocno, a łańcuchy przytwierdzające go do ściany zadźwięczały groźnie. Ciepła krew zaczęła spływać po jego prawej ręce, a jego kat trzymał w dłoni kawałek zerwanej z niego skóry. Potem wyszedł. 
Czy oprawcę można było nazwać człowiekiem? Nie, on był gorszy od wszystkiego co żyje na świecie. Z premedytacją i bez żadnych skrupułów zadawał mu najgorsze cierpienia związane z ogniem. 
Zawsze stronił od ognisk, kominków czy nawet zapałek. W tym miejscu czuł się jak w swoim najgorszym koszmarze. Nigdy w życiu nie przewidziałby, że coś takiego mogłoby się stać. Krew zaczęła kapać na podłogę. Zacisnął zęby i zaniósł się cichym szlochem. 
Niech już go zabije. Nie ma już nadziei... 
Chociaż...
Czasami oprawca wspominał o tej bandzie, która rzekomo miała nadejść i go ocalić. Chłopak nie poświęcał temu uwagi będąc zawieszonym pomiędzy cierpieniem a kolejną porcją bólu. Teraz jednak z całych sił skupił się na tym, aby myśleć.
Czy to możliwe, że rzeczywiście jest ktoś, komu zależy na tym aby go ocalić?
Tao... wyszeptał jakiś głos w jego głowie. 
Tak, Tao na pewno zauważył, że go nie ma, na pewno tęskni, na pewno stara się coś zrobić.
Tylko, że kiedy ostatnio przebywał wśród ludzi, rozwieszał właśnie ogłoszenia o zaginięciu przyjaciela. Wtedy zadzwonił ten człowiek i powiedział, że wie gdzie jest Tao. 
Wstrzymał oddech.
Co jeśli on najpierw ukatrupił Tao, a teraz bawi się nim? Albo jeśli Tao też tu jest, w innym pomieszczeniu?
Poczuł, że to bez sensu.
Przecież nie było ratunku. Miał tylko nadzieję, że to już niedługo się skoczy.
Po jego policzkach znów popłynęły łzy.
***
To takie dziwne: być znów w dawno niewidzianych miejscach. Kiedy ostatni raz znajdowałem się w tej kamienicy, byłem Huangiem Zitao, studentem sierotą prowadzącym normalne życie. Od tego momentu do teraz zdarzyło się jednak tak wiele nieprawdopodobnych rzeczy, że to właśnie zwyczajność zdawała się być czymś nierealnym. A teraz stałem tu, na drugim piętrze, które jeszcze pachniało świeżą farbą po remoncie. W zamyśleniu patrzyłem na drzwi, na których wisiała mała tabliczka z numerem 15. Kris stojący obok wyraźnie się zaniepokoił. Wtedy i ja sam porzuciłem rozmyślanie o dawnych czasach i poczułem, że coś tu rzeczywiście nie gra. Stos kopert i gazet na naszej wycieraczce urósł do ćwierci wysokości drzwi. Wyglądało na to, że nie było tu nikogo od co najmniej trzech miesięcy. Potwierdzała to również pajęczyna, którą zaradny pająk utkał od framugi do klamki.
- Czyżby się wyprowadził? - pomyślałem na głos rejestrując to, że Kris zmarszczył brwi i zaprzeczył kiwnięciem głowy.
- Tao, myśl, błagam cię! - upomniał mnie jak małe dziecko. Nie cierpiałem tego, ale nie był to czas na tego typu przekomarzanie się. - Gdyby tak zrobił, na pewno mieszkałby tu ktoś nowy. Raczej coś mu się stało. Coś niedobrego.
Mój chłopak zagryzł wargę i przeczesał palcami włosy.
Nagle pewna myśl uderzyła we mnie z całkowitą brutalnością.
- Ch-chyba nie myślisz, że to on jest...Zakładnikiem - powiedziałem na jednym wydechu. Serce ściskało mi się przez samo wyobrażenie tego. Jongup zbyt wiele dla mnie znaczył.
Po minie Krisa zrozumiałem jednak, ze nie mam co liczyć na ponowne zaprzeczenie.
- Cóż...więc mamy dwa elementy układanki w jednym - odezwał się po dłuższej chwili. - Uwolnienie Zakładnika i Pokonanie Ognistej Postaci idą ze sobą w parze.
- To źle... - wydukałem przerażony. - A co, jeśli on go zabije?
Mój przyjaciel jest prawdopodobnie więziony przez potwora. To za dużo.
- Nie, nie zrobi tego - ton głosu Krisa świadczył o tym, że chce przekonać siebie samego bardziej niż mnie. - Musimy działać jak najszybciej. Chodź, Tao, nic tu po nas.
Nie chciałem mu wspominać o tym, że nawet ludzie zabijają czasem zakładników. Starając się odrzucić od siebie ten straszliwy fakt, omiotłem raz jeszcze spojrzeniem drzwi do swojego starego mieszkania i ruszyłem schodami w dół za Krisem.
***
To nie była dobra ani przemyślana decyzja, ale z jakiegoś powodu po rozmowie z resztą chłopaków w naszej zagraconej kuchni zawrzało. Junmyeon nagle stwierdził, że od dawna ma podejrzenia co do kryjówki Ognistego. Kris nie bacząc na nic postanowił, że musimy się tam jak najszybciej wybrać, a podniecony Chanyeol wyciągnął już papier i ołówki w celu rozrysowania strategii. Zaczęło to wyglądać na tyle poważnie, że nikt nie myślał o opuszczeniu kuchni. Każdy w skupieniu słuchał co inni mają do powiedzenia. Tylko raz usłyszałem jak Sehun szepcze pod nosem To szaleństwo, ale po chwili się uspokoił widząc wzrok Luhana. Najwyraźniej nikt nie miał problemu z całkowitym zaaprobowaniem tak szybkiego planu i wcieleniem go w życie. Dlatego nie odezwałem się ani słowem, kiedy Yifan oznajmił, że wyruszamy jutro, a reszta potulnie pokiwała głowami. Mimo, że uważałem to za kompletne szaleństwo.
Wieczór nadszedł niespodziewanie szybko. Grałem z Sehunem w warcaby w salonie na dole. Był teraz jedyną osobą, z którą mogłem podzielić się obawami. Opowiedziałem mu o naszej wizycie w kamienicy, gdzie jeszcze kilkanaście tygodni temu wiodłem życie pospolitego studenta. O tym, jak  niecodzienny był to widok zobaczyć to wszystko ponownie.
Sehun westchnął.
- Zanim odejdziemy... bardzo chciałbym zobaczyć swoja rodzinę. Jeden ostatni raz - wyznał cicho i z pewnym wahaniem jakby się tego wstydził. - Wiesz, kocham ich. Nigdy nie myślałem, że możemy nie być spokrewnieni. Ale to nie ma znaczenia, wychowali mnie i... nie mogę ich tak zostawić.
W przypływie współczucia chwyciłem dłoń przyjaciela chcąc mu w ten sposób dodać choć odrobinę odwagi. Mimo zamkniętego okna poczułem wiatr czochrający mi grzywkę. Kiedy Sehun się czymś martwił miał problem z kontrolowaniem się.
- Hej... spokojnie. Próbowałeś o tym z kimś pogadać?
Pokręcił głową speszony.
- Nie bardzo jest o czym. Zaraz powiedzą, że Ogień się do nich dobierze jeśli tam pójdę. A... a co, jeśli nie wrócimy?
Zagryzłem wargę starając się przede wszystkim nie dopuszczać do siebie najgorszego. Nie byłem typem panikarza, ale doskonale wiedziałem jak łatwo wyprowadzić z równowagi Hunniego.
- Według mnie wszyscy powinniście iść. Każdy z Was ma kogoś, za kim bardzo tęskni i kogo będzie mu brak nawet w Tarnie. Powinniśmy o tym porozmawiać.
Wstałem od stolika starając się zagłuszyć czynami paskudny chichot wewnątrz umysłu, który mówił mi, że ja nie mam nikogo. Brednie, jest przecież Jongup. I muszę go ratować.
Pociągnąłem Sehuna ze sobą do salonu.
***
Rozmowa nie trwała długo. Po przedstawieniu planu okazało się, że każdy w jakimś stopniu pragnie się z kimś zobaczyć. Kris oznajmił więc, że najlepiej będzie iść teraz, a jutro rano spotkać się obok jeziora. Tam postanowimy co dalej.
- Tylko dobrze by było - wtrącił Minseok - żeby ktoś jednak pilnował domu.
- Ja to zrobię - odpowiedziałem natychmiast, niemal mechanicznie. W salonie zapadła niezręczna cisza, jakby każdy bał się, że powie coś nie tak.
- No tak - przerwał ją niespodziewanie Junmyeon podnosząc się z fotela. - W takim razie widzimy się jutro. Tao, uważaj na siebie.
- Bez obaw, umiem o siebie zadbać.
Pożegnałem się z Krisem i resztą chłopaków. Ostatni wychodził Sehun. Kiedy stał już w drzwiach odwrócił się do mnie i z uśmiechem powiedział:
- Dziękuję.
Odwzajemniłem uśmiech, ale gdy spojrzałem w jego oczy ten natychmiast zniknął z mojej twarzy.
W jego tęczówkach tańczyły płomienie.
Zanim zdążyłem jakkolwiek zareagować, było już za późno.
Ogień uderzył pod samo niebo natychmiast niszcząc cały budynek. Do moich oczu, nosa i ust od razu dostał się gryzący dym. Zacząłem kaszleć czując, ze mam coraz mniej powietrza.
Ratunku! krzyknął głos w mojej głowie, gdy palące ciepło otoczyło moje ciało.

wtorek, 16 czerwca 2015

[Oneshot] Idealne miejsce

Las to nie miejsce dla Krasnoluda. Wysokie, starsze od niektórych Elfów drzewa, nieograniczona przestrzeń i świeże powietrze sprawiają, że Synowie Ziemi czują się niekomfortowo.
(Kili całkowicie swobodnie biega pomiędzy drzewami ścigając mnie. Zanosimy się od śmiechu kładąc się na miękkim mchu i wymieniając delikatne pocałunki.)

Domy Elfów nie są przystosowane dla Krasnoluda.
Sprzęty są zwyczajnie zbyt wysokie, ich dieta różni się w każdym calu, a wpadające przez liczne otwory okienne promienie słońca przyprawiają o ból głowy.
(Kili macha nogami w powietrzu siedząc przy stole i żartuje z naszych nieproporcjonalnych wzrostów. Pytam, czy smakuje mu moja sałatka chociaż wiem co odpowie. Mam wrażenie, że myślami jest hen, w Ereborze, otoczony znajomymi zapachami metalu i złota.)

Elfowie powinni być z Elfami, Krasnoludy z Krasnoludami.
Rozbieżności rasowe i odmienne języki nie są przypadkiem.
(Czułe słowa szeptane w Khuzdulu brzmią coraz mniej obco.)

Elfowie postawieni wyżej w hierarchii nie łączą się w pary z niższymi Elfami.
To nienaturalne.
(Ponowna wizyta Legolasa kończy się jego dłońmi na moich biodrach i ustami na mojej szyi. Wyznanie miłosne we własnym języku jest gorzkie i odległe jak Czarna Mowa.)

Krasnoludy wyrwane ze swojego naturalnego środowiska pożera tęsknota za domem.
(Pytam Kila czy czuje się dobrze, czy nie pragnąłby wrócić na Samotną Górę. Przenosi wzrok z horyzontu na moje oczy i gdy chwyta moją dłoń, widzę w jego oczach prawdziwe szczęście.)

Odrzuceni Elfowie pragną tylko jednego: zemsty.
(Legolas wraca pewnego ranka prowadząc ze sobą dwóch strażników i zimnym głosem oznajmia, że zostałam oskarżona o zdradę i wygnana. Musimy uciekać.)

Elfowie źle czują się w zamknięciu. Mogą wtedy nawet oszaleć.
(Nie przeszkadza mi huk towarzyszący wydobywaniu klejnotów, powietrze wewnątrz góry wcale nie jest tak duszne i zatęchłe jakby się mogło wydawać. Kiedy tym razem to Kili pyta mnie czy wszystko w porządku odpowiadam, że tak. Bo idealne miejsce do życia jest dla mnie tam, gdzie jesteśmy razem.)

poniedziałek, 15 czerwca 2015

[Oneshot] Desire

Oh Sehun pracował w tej firmie okrągły miesiąc, kiedy po raz pierwszy go zobaczył. Jego twarz wydawała się być całkiem przyjemna, ale w ciemnych oczach czaiło się coś tak gwałtownego i niebezpiecznego, że poczuł ciarki na całym ciele. Blondyn zafascynował go do tego stopnia, że zapytał księgowej, z którą pracował w jednym pokoju, kim on jest.
Minah spojrzała wymownie na siedzącą obok Hyeri, a potem na niego w taki sposób, jak gdyby uważała to pytanie za niewłaściwe.
- To Huang Zitao, syn szefa. Kawał rozpieszczonego bachora, ma wszystko czego chce - dodała z pogardą wracając do swych obliczeń.
Sehun poczuł, że z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu robi mu się niesamowicie gorąco. Poluzował więc swój zawsze perfekcyjnie zawiązany krawat starając się skupić na pracy.

(Tej nocy śnił mu się chłopak z opadającą na oczy blond grzywką zaspokajający jego cielesne potrzeby. To był pierwszy raz kiedy doszedł podczas snu.)
*
Wbrew temu co mówiła kobieta, Zitao okazał się być naprawdę w porządku. Przez ostatnie kilka tygodni bardzo często ze sobą rozmawiali, zwykle w firmowej kuchni w czasie przerwy na kawę, ale bywały dni, że wychodzili wspólnie na lunch i blondyn nie miał wtedy oporów przed złapaniem Sehuna za rękę.
*
Nie od razu zdał sobie sprawę z tego, że Zitao zaczyna się pojawiać w budynku zawsze w czasie jego zmiany. Widział, a często i czuł na sobie przenikliwe spojrzenie kocich oczu Chińczyka. Kilkakrotnie złapał się na tym, że sam obserwuje jego długie nogi i umięśniony brzuch, na którym opinała się biała koszula. Marzył o tym, żeby rozerwać jej materiał i poczuć pod palcami jego delikatną naprężoną skórę. A potem spróbować jak bardzo słona jest. Kiedy zdał sobie sprawę z tego o czym aktualnie rozmyśla, jego spodnie zrobiły się zbyt ciasne, aby dało się wytrzymać. Wstał więc z miejsca i wyszedł do łazienki szybko kierując się do kabiny. Musiał pozbyć się tego problemu. Rozsunął rozporek, zsunął spodnie i zamierzał to samo zrobić z bokserkami, kiedy usłyszał skrzypienie drzwiczek. No tak, zapomniał zablokować. Wysunął do tyłu dłoń w celu złapania za klamkę i już miał powiedzieć "Zajęte", gdy poczuł dotyk innej dłoni na swojej. Odwrócił się z przestrachem, żeby zobaczyć Zitao opierającego się o framugę kabiny z zadowolonym z siebie uśmieszkiem.
W tej chwili marzył o tym, aby zapaść się pod ziemię.
- A, więc tu mi uciekłeś? - powiedział melodyjnie Huang wchodząc do kabiny i zamykając za sobą drzwi.
Sehun poczuł, że za moment eksploduje. W co pogrywał z nim ten chłopak?
- Mógłbyś łaskawie wyjść? - zapytał cicho starając się nie zwracać uwagi na coraz bardziej naglący problem.
- Bo...?
- Bo chciałbym sobie zwalić.
Zapadła cisza. Tao uniósł brwi i uśmiechnął się patrząc na bruneta. Przysunął się bliżej i zanim młodszy zdążył jakkolwiek zareagować, dłoń Zitao zacisnęła się na jego twardniejącym członku.
Wyższy pochylił się nad jego prawym uchem i wyszeptał głosem pełnym satysfakcji:
- Nie będę udawał - tu ścisnął mocniej jego krocze. Sehun stęknął głośno niekontrolowanie, więc druga dłoń Tao powędrowała na jego usta zasłaniając je - że nie wiem - stłumione jęki młodszego, kiedy przesuwał swoją dłonią wzdłuż jego męskości tylko go pobudzały - dlaczego znaleźliśmy się w takiej sytuacji.
Poczuł palce Sehuna na swoim udzie, więc jak na komendę odwrócił go przodem do siebie i zachłannie wpił w jego usta. Nie obszedł go fakt, że Oh zadrżał w jego ramionach: przypuszczał, że to pierwsze zetknięcie się tego dzieciaka z czymś takim jak seks. Uniósł kąciki warg w górę. Już on go wszystkiego nauczy.
Nie przerywając pocałunku zaczął ściągać z siebie spodnie, a następnie bieliznę. Czuł przyjemne pulsowanie w podbrzuszu, które znacznie się pogłębiło, kiedy Sehun uniósł się na palcach i zarzucił mu swe ramiona na szyję. Miał ochotę przycisnąć go do ściany, rozsunąć mu nogi i wypieprzyć jak zwierzę, ale wiedział, że na to przyjdzie jeszcze czas. Zwłaszcza, że jego penis również domagał się pieszczot.
Nieznacznie odsunął się od niego z zaciekawieniem obserwując jak na jego twarzy pojawia się wyraz niezrozumienia. Nie czekał na to aż młodszy się otrząśnie: położył mu dłonie na ramionach i pchnął go na kolana, co trochę otrzeźwiło bruneta.
- Pogrzało cię? - warknął patrząc ze złością w górę.
- Nie gadaj tylko bierz się do roboty, to może pozwolę ci się spełnić. No już!
Sehun czuł rosnące podniecenie od wydawanych mu poleceń. Nigdy w życiu nie posądziłby się o to, że tak dobrze poczuje się będąc dominowanym. Takie myślenie działało na niego jeszcze bardziej, więc zanim posłusznie chwycił w palce członka Zitao, lewą dłonią zaczął stymulować swoje własne przyrodzenie.
Wtedy usłyszał trzask i poczuł, że prawy policzek piecze go nieznośnie. Chciał przycisnąć do niego dłoń, ale nie zdążył - po chwili ten sam ból poczuł po drugiej stronie twarzy.
Zitao przykucnął obok niego i chwycił w palce jego podbródek zmuszając go tym samym do spojrzenia na siebie.
- Nie każ mi więcej cię krzywdzić. Będziesz robił to co powiem?
Sehun przełknął ślinę kiwając pokornie głową. W oczach Tao było coś, co nie pozwalało się mu sprzeciwić.
Zanim starszy wstał, jeszcze na chwilę złączył ich wargi razem. Kiedy brunet zaczął oddawać pocałunek, Zitao pomyślał, że gardło młodszego jest mokre niczym ocean. Miał tylko nadzieję, że w niczym nie ustępuje mu również głębokością.
Oh położył niezgrabnie dłonie na biodrach Zitao i zaczął zastanawiać się jak to jest mieć w ustach członka innego mężczyzny. Wiedział, że już za chwilę się o tym przekona, a ta świadomość ani trochę nie pozwalała mu się uspokoić. Był zestresowany także swoim brakiem doświadczenia. Nie chciał zawieść Tao.
Starszy jakby wyczuł jego strach i niepewność, bo przeczesał czule jego włosy palcami.
- Spokojnie, Hunnie. To trochę tak, jakbyś lizał i ssał loda.
Młodszy przygryzł wargę i pogłaskał palcami prawej dłoni główkę. Zitao zamruczał.
- No, dalej - chwycił brązowe kosmyki Sehuna i przysunął jego twarz do swojej męskości.
Oh odchrząknął, zamknął oczy i delikatnie musnął wargami czubek członka Zitao. Starszy jęczał i sapał zadowolony, kiedy Sehun po wycałowaniu całej jego długości począł go lizać, a następnie wsuwać do swoich ust. Zakrztusił się odrobinę na początku, ale już po chwili radził sobie lepiej niż świetnie. Tao szarpał go za włosy i szybko poruszał biodrami mając wrażenie, że uderza aż o ściankę jego gardła. Mimo intensywności uczuć, nie miał zamiaru kończyć w jego ustach, więc pchnął go jeszcze kilka razy i wynurzył się pozwalając mu otrzeć dłonią zaślinione wargi.
- Było dobrze, Sehun - powiedział, widząc zmieszanie w jego oczach. - Ale pragnę pokazać ci jeszcze wiele.
- To znaczy, że...
- To znaczy, że masz się rozebrać.
I tak było mu gorąco, więc pospiesznie rozpiął i zdjął mokrą od potu koszulę obserwując Tao, który również pozbywał się górnej części garderoby. Sehun rzucił okiem na przyrodzenie blondyna, teraz grube i naprężone i przez moment zrobiło mu się słabo kiedy pomyślał, że jest to jego zasługą.
Zitao odrzucił koszulę biorąc w dłonie swój krawat. Rozwiązał go i spojrzał na bruneta uśmiechając się.
- Zawiążesz mi oczy?  - spytał Oh niepewnie odczytując zamiary Zitao.
- Nie miej mi tego za złe. Po prostu lubię kiedy moi partnerzy skupiają się na odczuwaniu przyjemności.
Sehun bał się pytać, ilu już było przed nim, bo czuł, że ta liczba może go przerazić. Chińczyk był po prostu w tym wszystkim zbyt swobodny, więc logicznym było, że jakoś musiał to wypracować.
Tao ponownie pocałował Sehuna wiążąc w tym samym czasie niebieski krawat z tyłu jego głowy. Kiedy Sehun otworzył oczy, nie był w stanie zobaczyć już niczego.
- Nie denerwuj się - powiedział Zitao zdając sobie sprawę z tego, że brunet wciąż drży.
- Nie robię tego - mruknął bez większego przekonania, kiedy Tao zmusił go aby usiadł na klapie sedesu. Młodszy syknął, gdy gorąca skóra jego pośladków dotknęła zimnego plastiku. Nie miał jednak zbyt wiele czasu, żeby się na tym skupiać, bo po chwili dłonie Tao chwyciły go pod kolanami i pociągnęły w dół w efekcie czego, na muszli klozetowej leżał teraz plecami. Poczuł jak starszy klęka między jego rozchylonymi nogami, które opadły na plecy Zitao. Sehun uśmiechnął się sam do siebie na myśl o wspaniałym zapewne połyku Tao, ale już za moment wiedział, że blondyn ma co do niego inne plany. Wszystkie włoski zjeżyły mu się na karku, kiedy wilgotny palec Tao pogładził pomarszczoną skórę wokół jego wejścia. Miał zamiar od razu wstać, ale starszy z powrotem pchnął go na miejsce przejeżdżając ponownie palcem wokół jego dziurki.
- Rozluźnij się - usłyszał jego wciąż spokojny głos. - Powinieneś już się domyślić, że lubię jak jest mokro, więc w ten sposób raczej nic z dokończenia. Ale... zaprezentuję ci coś, co nie tylko przegna nasz problem precz. Dowiesz się też jak bardzo wrażliwe są zakończenia nerwowe w twoim odbycie. Zaczynajmy.
Sehun już nie wiedział czy ma uciekać czy nie, kiedy nagle usta Zitao pocałowały go w to miejsce, po którym wcześniej błądził palcami. Poczuł się cholernie dziwnie, chociaż jakaś część jego mózgu (i to zdecydowanie ta, którą na co dzień nosił w spodniach) uznała to za podniecające. Chciał złapać swojego członka, bo czuł że bez dotyku w tym miejscu oszaleje, ale Tao był szybszy. Jego dłonie już po chwili zaczęły zajmować się przyrodzeniem bruneta, a język zaczął nieśmiały taniec wokół jego dziurki. Chińczyk uśmiechnął się czując falę gorąca zalewającą jego podbrzusze. Wiedział, że zdąży ze wszystkim dokładnie tak jak sobie zaplanował.
Domyślał się co może odczuwać Sehun kiedy agresywnie napierał językiem na jego wejście, a potem rozciągał je mokrymi już palcami. Przyjemność połączona z odpowiednio dozowanym bólem była najcudowniejszą mieszanką. Wpychał język głęboko do jego wnętrza, przesuwał prawą dłonią po jego twardym jak głaz członku, a lewą gniótł jego jądra. Młodszy jęczał i piszczał tak głośno jakby jego drobne ciało nie było w stanie znieść takiej ilości doznań na raz. Tao wiedział jednak, że to tylko pozory i zastanawiał się jak wysokie wyda z siebie dźwięki Oh, gdy wreszcie staną się jednością.
Kiedy palcami wyczuł pierwsze nieśmiałe kropelki spływające z czubka męskości młodszego, powoli zaprzestawał pieszczot. Wyciągnął ramiona nad jego nogi i chwycił go przysuwając do siebie. Kiedy Sehun się podniósł choć trochę dysząc ciężko, a jego ręce znalazły się na szyi Tao, starszy wstał i oparł go plecami o zimną ścianę. Oh jęknął ponownie oplatając biodra blondyna swoimi nogami. Chińczyk pochylił się i podniósł z ziemi kremowy krawat młodszego chłopaka.
- Puść moją szyję - nakazał mocnym głosem, co Sehun zrobił natychmiast przyciągając ręce do siebie. Tao chwycił je i związał drugim krawatem jego nadgarstki ponownie zarzucając je sobie na szyję. Uwielbiał, kiedy ta druga osoba była prawie całkowicie bezbronna, zdana tylko na jego łaskę. Zsunął swoje dłonie pod uda chłopaka i jedną z nich chwycił swojego nabrzmiałego członka, a drugą pogłaskał jego dziurkę.
- No proszę, mokry jak dziewczynka. Idealnie - uśmiechnął się pod nosem i powoli zaczął opuszczać Sehuna na swoje przyrodzenie. Kiedy wreszcie delikatnie się w nim zagłębił, młodszy syknął i jęknął głośno, a on sam odetchnął głęboko czując jak pochłania go ta wilgotna ciasnota.
*
Kiedy wyszli z łazienki kilkanaście minut później nerwowo przygładzając włosy i poprawiając krawaty, nikt w biurze nie zauważył, jak Hyeri z oburzeniem na twarzy wręcza pod biurkiem 30 tysięcy wonów zadowolonej z siebie Minah.

wtorek, 26 maja 2015

[Oneshot] Destiny

- Chanyeol i Yeonhee są przyjaciółmi, my także. To przeznaczenie.
Gorąca kawa zdążyła delikatnie musnąć jego dolną wargę nim odsunął naczynie.
Napotkał jego wzrok dostrzegając w nim coś, czego nie ma w oczach przyjaciół.
Nie protestował, kiedy Gwangsu chwycił jego dłoń i złączył ich palce razem.
*
- Zaprosiłem Incheon Gal na randkę. - oznajmił radośnie Chanyeol wchodząc do kuchni.
Kyungsoo zakrztusił się herbatą i posłał starszemu wściekłe spojrzenie.
Baekhyun wymamrotał coś pomiędzy fajnie a gratuluję będąc bardziej zajętym swoim telefonem niż bieżącą sytuacją.
Nie potrafił powiedzieć, co dokładnie czuł, gdyż wszystkie jego myśli sprowadzały się teraz do słowa przyjaciele.
*
- Mówiłeś, że są przyjaciółmi - powiedział nagle na głos, kartkując jedną z książek Gwangsu w jego namiocie.
- Hm? - czarnowłosy uniósł głowę znad komiksu przyglądając się mu badawczo.
- Chanyeol i Yeonhee. Wybierają się na randkę.
Przez chwilę panowała całkowita cisza, w której Gwangsu nerwowo drapał się po nosie.
- To bardzo proste. To spotkanie przyjaciół, ale używa się tego samego słowa. Jak date w angielskim.
Zmarszczył czoło. To naprawdę miało sens.
- Wobec tego, my również powinniśmy pójść na randkę.
*
Nigdy nie był na randce z przyjacielem, nie wiedział nawet jak ma się zachowywać. Okazało się to jednak prostsze niż sądził, gdyż Gwangsu był jak zwykle beztroski i pełen energii.
W ogóle nie czuł różnicy oprócz tego, że tym razem poszli do prawdziwej kawiarni.
Nie potrafił jednak ignorować drżenia serca, kiedy spacerując po spokojnych osiedlach chwycili się za ręce.
*
Spodobało mu się zwiedzanie okolicy z przyjacielem. Ich randki stawały się coraz dłuższe i budziły w nim coraz więcej sprzecznych uczuć. Złapał się na tym, że wieczorem nie potrafi zasnąć, dopóki nie pomyśli o tym, że jutro znów się z nim spotka.
Nie byłoby w tym niczego dziwnego gdyby nie fakt, że nie potrafił nazwać tego dłużej przyjaźnią.
*
Wiedział co się stało, gdy tylko rankiem zobaczył w ich kuchni ubraną w bluzę Chanyeola Yeonhee.
Z tłukącym się w piersi sercem wybiegł z domu starając się nie myśleć o tym, że właśnie coś się skończyło.
*
Rzęsisty deszcz spływał po szybie okna w pokoju Gwangsu, kiedy szczegółowo opowiadał mu całą sytuację po raz kolejny. Kilkakrotnie musiał go uspokajać, bo jego przyjaciel czuł się w obowiązku opiekowania siostrą i chciał natychmiast porozmawiać z Chanyeolem.
- Zrobisz to jutro, patrz jak pada. Gorzej, że nie wiem jak wrócę do domu.
- Zostań na noc.
Po jego plecach przebiegł dreszcz, kiedy usłyszał te słowa z ust Gwangsu.
*

*

*
Nigdy nie zapomni uśmiechów Chanyeola i Yeonhee, kiedy zobaczyli go trzymającego Sehuna za rękę.
Jakby chcieli powiedzieć Nareszcie.
Palcami odgarnia brązową grzywkę wpadającą wyższemu do oczu i jeszcze raz czule całuje jego usta.
- Uważaj na siebie i wróć szybko.
- Ty też na siebie uważaj. Pójdziemy potem na kawę?
Potakuje kiwnięciem głowy i patrzy jak Sehun wbiega do samochodu, aby
nie spóźnić się na nagrania. 
Kieruje wzrok na swoją siostrę wysyłającą buziaki w stronę machającego jej Chanyeola i uśmiecha się. 
To naprawdę niesamowite przeznaczenie.
*
> niezbyt pasuje, ale idealnie podkreśla uczucia z tego fika <

czwartek, 14 maja 2015

[Oneshot] Bez serca

Do Kyungsoo nie miał serca.
Każdy miejscowy to wiedział.
Każdy przestrzegał przed nim przyjezdnych.
Żeby cię nogi nie poniosły na cmentarz, kiedy Do Kyungsoo kopie groby. On nie ma serca. Jeśli przejrzysz się w jego pustych oczach, czeka cię śmierć.

Do Kyungsoo nie miał serca.
Jednak każdego dnia karmił przylatujące stadami wrony oraz wałęsające się bezpańskie koty.
Odizolowany dziwak, prychali mieszkańcy miasteczka po każdym pogrzebie uciekając za bramy cmentarza, aby nie być świadkiem zasypywania dołów.

Do Kyungsoo przerażał innych.
Nie miał przyjaciół ani rodziny.
Choć był młody, mieszkał sam.
Pozabijał ich we śnie i zakopał za cmentarzem, szeptali starsi ludzie przekazując następnym pokoleniom strach i niechęć.

Do Kyungsoo był samotny.
Pracował w zakładzie pogrzebowym odziedziczonym po swoim ojcu.
Jego jedynym towarzystwem był poświęcający zwłoki kapłan oraz leżące w trumnach, martwe ciała.

Rzadko się odzywał.
Czasami pracując mówił coś do siebie albo do przelatujących ptaków.
W imię Ojca i Syna, Czarnoksiężnik, żegnały się przechodzące chodnikiem obok cmentarza kobiety i przyspieszały kroku, gdy tylko odwracał głowę w ich stronę.

On był inny.
W miasteczku zdarzył się wypadek z ofiarą śmiertelną.
Zginął dwudziestoletni chłopak.
Kiedy karetka przywiozła jego zwłoki, Kyungsoo oniemiał.
Chłopak był piękny, a jego twarz wyglądałaby na pogrążoną w głębokim śnie, gdyby nie potworne rany i zastygła na krótkich jasnych włosach krew.

Pierwszym, co zrobił było starcie tych skrzepów z jego ran i rozczesanie miękkich pasm.
Układał je na różne sposoby uśmiechając się do siebie zachwycony jego urodą.
Huang Zitao, tak się nazywał, przeczytał to w dokumentach.
Tylko, że teraz jego imię nie miało już znaczenia.
Dla świata był martwy.
Prawie zupełnie w ten sam sposób co Do Kyungsoo.

Do Kyungsoo czuł do niego sympatię.
Nie można było tego nazwać przyjaźnią.
Ale czarnowłosy wiedział, że Zitao go słyszy.
Mówił więc do niego głośno i wyraźnie jak nigdy przedtem.

Wrony już nie odlatywały z cmentarza z chlebem w dziobach.
Koty na próżno doszukiwały się resztek w rozstawionych obok szopy miskach.
Zdurniał do reszty, komentowali klienci lokalnego sklepiku, a kasjerka ochoczo kiwała głową.
Taak, od dwóch dni nie przychodzi na zakupy.

Twoja trumna jest piękna.
Do Kyungsoo przesunął z uwielbieniem palcem po ciemnowiśniowym drewnie.
Ty również jesteś piękny.
Pogładził prawie z czułością blond grzywkę czując ciepło w lewej piersi.

Do Kyungsoo się zakochał.
Leżąc obok Zitao na miękkich poduszkach wewnątrz wiecznego łoża blondyna i przyciskając policzek do jego lodowatego ramienia wiedział, że to ich ostatnia noc.
Jutro pogrzeb.

Do Kyungsoo płakał nie chcąc żegnać się z ukochanym, którego dopiero poznał.
Przerażała go myśl o ponownej samotności.
Dlatego nad ranem, zanim nadeszli żałobnicy, zamknął wieko trumny pozostając w środku.

Nawet nie wyszedł, żeby zakopać grób, oburzyli się zebrani stojąc nad otwartym dołem.
Kapłan, potem inni mężczyźni przeszukiwali mieszkalna część zakładu.
Nie znaleźli Do Kyungsoo.
Ceremonię dokończył właściciel pobliskiej stacji benzynowej, ojciec zmarłego.

W rocznicę tego pochówku na tablicy ogłoszeń przy cmentarzu pojawiła się kartka.
Do Kyungsoo miał serce. Huang Zitao.
Zszokowani Huangowie rozpoznali charakter pisma swojego zmarłego syna.

Od tego czasu już nikt nie widział Do Kyungsoo.
Zakład został wykupiony przez miasto, a potem odsprzedany innym.
Społeczność powoli zapominała o dziwacznym grabarzu.

Jednakże wciąż można usłyszeć pogłoskę, iż w ciemne zimowe wieczory przechadza się on po cmentarzu trzymając się za rękę z wysokim blondynem.